Uzdrowienie Roberta

 W styczniu 2009 r. mój mąż Robert zgłosił się do szpitala na planowany zabieg laparoskopowego usunięcia kamieni w woreczku żółciowym. Operacja została poprzedzona badaniem ECPW, w wyniku którego nastąpiło ostre zapalenie trzustki. Po dwutygodniowej hospitalizacji Robert został wypisany do domu.

Kiedy wydawało się, że wszystko wraca do normy, w czerwcu jego stan zdrowia zaczął się nagle pogarszać. 10 czerwca w trybie nagłym trafił do szpitala. Jeszcze tego samego dnia przeszedł pierwszą operację. W wyniku zabiegu stwierdzono u niego martwiczno-krwotoczne zapalenie trzustki, a lekarze zmuszeni byli do usunięcia prawie całego, tak przecież ważnego dla życia narządu. Prognozy na przyszłość także nie były najlepsze, co miało wkrótce się potwierdzić.

Od tego momentu w każdej wolnej chwili modliłam się, aby ten czarny scenariusz się nie potwierdził. Nie wyobrażałam sobie życia bez Roberta. Zawsze marzyliśmy, że jako osiemdziesięciolatkowie będziemy chodzić po parku trzymając się za ręce.

Po kilku dniach nastąpiły poważne powikłania i kolejne dwie operacje, po których mój mąż trafił na Oddział Intensywnej Terapii w stanie septycznym, niewydolny krążeniowo

i oddechowo. Po trzech tygodniach jego pobytu na tym oddziale lekarze przekazali mi straszną informację, że stan mojego męża jest beznadziejny i nie ma szans na jego uratowanie. Nie wiem czy świadomie, czy też nieświadomie, ale nie przyjmowałam tej wiadomości do siebie. Cały czas modląc się wraz z córką wierzyłam, że stanie się cud i mąż z pomocą Pana Boga pokona chorobę. Tego samego dnia zamówiłam Mszę w kaplicy szpitala im. Kopernika za zdrowie Roberta, na którą przyszła cała rodzina od strony męża, zarówno osoby praktykujące, jak i te które do tej pory sporadycznie uczęszczały w Mszach Świętych. Od księdza Juliusza dowiedzieliśmy się, że zawsze we wtorki odbywają się Msze z modlitwą wstawienniczą o uzdrowienie, na które zaczęliśmy także uczęszczać. I właśnie po jednej z takich Mszy, w czasie modlitwy wstawienniczej, usłyszałam, żeby modlić się za wstawiennictwem ojca Kozłowskiego, który umarł na chorobę podobną do tej, na którą cierpiał mój mąż.
 
 
Na efekty tych modlitw nie trzeba było długo czekać. Już po pierwszej Mszy za uzdrowienie stan zdrowia Roberta zaczął się poprawiać do tego stopnia, że lekarze podjęli decyzję o stopniowym odłączaniu go od urządzeń podtrzymujących życie. Teraz Robert mógł  powrotem trafić na oddział endokrynologii. Zdawałam sobie jednak sprawę z tego, że to nie jest koniec walki o życie mojego męża. Wiedziałam, że powinnam opowiedzieć mu to wszystko co się wydarzyło podczas jego głębokiego snu. Poznałam go z księdzem Juliuszem
i namówiłam do tego, żeby także zaczął się modlić za swoje zdrowie. Ja oczywiście także modliłam się cały czas. Zresztą przez cały okres pobytu Roberta w szpitalu chodziłam jak w jakimś transie. Modliłam się w każdej wolnej chwili, jadąc tramwajem, będąc w pracy, szpitalu czy w domu. Modlitwa dodawała mi sił. W tym czasie rozpoczęłam też eksternistyczne Seminarium Odnowy w Duchu Świętym.

Pomiędzy 7 a 8 operacją Robert został znowu przewieziony na Oddział Intensywnej Terapii
w bardzo ciężkim stanie. Życie mojego męża zależało od tego, czy uda się uszczelnić jelita, które na początku choroby zostały podziurawione przez enzymy trawienne uwolnione z chorej trzustki.

I znowu po tygodniu od operacji wielka radość, bo Robert wraca na wcześniejszy oddział. Wiem, że jest lepiej bo po raz pierwszy od prawie czterech miesięcy mój mąż może się czegoś napić. Po kilku kolejnych dniach może wreszcie coś zjeść. A ja z córką oraz resztą rodziny cały czas modliłam się.

I oto 19 października po ponad czterech miesiącach pobytu w szpitalu, po ośmiu operacjach, po niezliczonych badaniach Robert zostaje wypisany do domu.

Obecny stan zdrowia mojego męża pozwala mu na w miarę normalne życie, bez potrzeby zażywania jakichkolwiek środków farmaceutycznych, a na początku lutego 2010 r. otrzymał pozwolenie od lekarzy na wyjazd w góry, co oczywiście wraz z córką skrzętnie wykorzystaliśmy.
 
Zarówno lekarze jak i pielęgniarki uznali uzdrowienie Roberta za cud. Wiemy jednak, że cud ten nie był by możliwy, gdybyśmy się tak mocno o niego nie modlili. Choroba Roberta zmieniła nie tylko nasze życie. Przestały się liczyć niektóre rzeczy, inne z kolei w hierarchii ważności wskoczyły na sam szczyt. Teraz modlimy się jednocześnie dziękując za to co już się stało, jak i prosząc Pana Boga o dalsze uzdrowienie, bo czeka mojego męża jeszcze jedna operacja. Jednak modlitwa pozwala nam wierzyć, że już nic złego się nie może stać i że nasze marzenia o wspólnych spacerach na starość spełnią się. Dziękujemy Bogu za zjednoczenie całej rodziny, która wytrwale modliła się za Roberta, często uczestnicząc w Eucharystii.


P.S. Robert także ma zamiar przeżyć Seminarium Odnowy w Duchu Świętym.
CHWAŁA CI PANIE

Renata i Robert