BYŁ OPIEKUNEM MOJEJ RODZINY

      Gdy jesienią 1991 r. trafiłam do wspólnoty „Mocni w Duchu”, miałam 19 lat. Szukałam rozpaczliwie Boga i kogoś, kto nauczy mnie żyć. Potrzebowałam wzoru dobrego nauczyciela, życzliwego człowieka, który rozumie świat i problemy ludzi. Takim człowiekiem był dla mnie o. Józef. Opiekował się wspólnotami modlitewnymi i wiernymi w swojej parafii jak dobry pasterz. Prowadził swoje stada po pastwiskach życia. Nauczał z miłością i troską o każdego z nas. Był przyjazny, ludzki, serdeczny. Mówił o Jezusie, jakby Go znał – naśladował Go, wielbił i czcił. Bóg całkowicie wypełniał Jego życie.

        Wreszcie spotkałam kogoś, kto w prosty sposób wyjaśniał Pismo święte, odpowiadał na trudne pytania i mówił Bożą miłością!

      Ojciec Józef miał dobry kontakt z Bogiem, to było wyczuwalne. Jezus przychodził do nas na spotkania modlitewne i uzdrawiał nasze dusze, serca i umysły. Uwalniał od zła i wszelkiego lęku. Bóg zabierał mój lęk o to, co będzie jutro, i uwalniał od strachu przed życiem.

    Po tych spotkaniach, modlitwach i konferencjach chciało się żyć. Na wiele pytań związanych z moim istnieniem odnalazłam odpowiedzi podczas Seminarium Odnowy w Duchu Świętym. To był czas pracy nad sobą i rozmowy z Bogiem. Naprawdę wydoroślałam, zmądrzałam, ukształtowałam swoje wnętrze.

       Zrozumiałam, że życie z Bogiem jest lepsze. Co nie znaczy, że lżejsze. Bo łatwiej to nie to samo, co lepiej.

       Lepiej cierpieć z Jezusem niż bez Niego, pozostając w samotności i mroku. Bóg daje człowiekowi w cierpieniu ukojenie, daje swoją miłość i prowadzi go. A cierpienie oczyszcza, przemienia, uwalnia, zbliża nas do Boga.

    Do konfesjonału o. Kozłowskiego wysyłałam swoje koleżanki, osoby pogubione i wszystkich, którzy szukali Boga, a o tym nie wiedzieli. Ojciec Józef, poprzez dar modlitwy, pomagał ludziom powrócić do Boga. Cierpliwie wyjaśniał i sprowadzał na dobrą drogę. Kiedy rozmawiałam z nim – wydawało mi się, że zna moje myśli i wie o mnie wszystko.

      Ojciec był bardzo blisko Boga. Emanowała z niego siła, która czasem aż onieśmielała. Wzbudzał podziw i szacunek. Często powtarzał, że dzieło Boga poznamy po owocach. I podkreślał: „Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko inne jest na swoim miejscu”.

       Nauczał i głosił Ewangelię. Był uczniem Chrystusa i zarazem dobrym nauczycielem. Po pewnym czasie stał się opiekunem mojej rodziny i przyjacielem. „Głodnego nakarmił, bezdomnego w dom przyjął”. Tak było ze mną i moją mamą.

       Zimą 1993 r., na przełomie stycznia i lutego musiałyśmy uciekać z domu, bo mój tata pił i bardzo nas dręczył.

    Po kilku dniach tułaczki po rodzinie, trzeba było poszukać bezpiecznej kryjówki, ponieważ tata nas śledził i groził nam. Byłyśmy na policji, ale… szkoda gadać.

       Zgłosiłyśmy się do o. Józefa z prośbą o pomoc i wsparcie modlitewne. On pomógł nam znaleźć nocleg, dorywczą pracę i kwaterę na dłuższy pobyt. Dzięki niemu żyłyśmy w godnych warunkach i byłyśmy bezpieczne. Niestety, mój tata trafił w końcu do parafii jezuitów na ul. Sienkiewicza. Bardzo dokuczył o. Józkowi, a także głośno naurągał przed kościołem. Musiałyśmy wracać do domu…

     Ojciec Józef nadal modlił się za moją rodzinę i bardzo mu za to dziękuję, bo w życiu powoli zaczęło mi się układać. Znalazłam pracę, a dzięki niej mieszkanie. Wyszłam za mąż, urodziłam synka. Moja mama również dostała pracę i tam dopracowała aż do emerytury.

Miło powspominać tamte czasy… Dziękuję Bogu za O. Józefa i za dar wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym.

Agnieszka