Ostatnia konferencja o. Józefa Kozłowskiego SJ wygłoszona podczas koncertu ewangelizacyjnego zespołu "Mocni w Duchu" na Politechnice Łódzkiej (11.12.2002).
Zawsze szukamy i oczekujemy czegoś lub kogoś. Nasze życie upływa pomiędzy powitaniem a rozstaniem. Mamy nadzieję znaleźć dobrego mistrza, nauczyciela, promotora; oczekujemy spotkania właściwej osoby. Jak jednak możemy spotkać drugiego człowieka, jeśli nie spotkamy się najpierw z samym sobą? Istnieje niebezpieczeństwo, że w wyniku odrzucenia czy niechęci w stosunku do samego siebie możemy zacząć odczuwać niechęć do drugiego człowieka. Nie spotkamy tak naprawdę drugiego, jeśli nie przyjmiemy daru życia i daru miłości w stosunku do samego siebie. Jak moglibyśmy miłować Boga, którego nie widzimy, jeśli nie miłujemy człowieka, którego widzimy? Ten, kogo szukamy, jest w nas - to jest tajemnica spotkania z Bogiem, który daje się poznać każdemu poprzez swego Ducha, w taki sposób, aby każdy rozpoznał Jego przyjście.
Myślę, że członkowie zespołu "Mocni w Duchu" nie mogliby głosić
świadectwa wiary, gdyby Chrystus wcześniej ich nie spotkał. Przypominam sobie moje pierwsze spotkanie z Chrystusem, z Jego uwielbionym człowieczeństwem na drzewie krzyża. Byłem wtedy młodym człowiekiem, miałem skończone 19 lat, uprawiałem wiele dyscyplin sportowych. Wydarzyło się wtedy coś ważnego. Kiedy przestałem pokładać nadzieję jedynie w sobie, podczas modlitwy zbliżyłem się do Chrystusa, do Jego krzyża, a On powiedział mi: "Wiara twoja cię uzdrowiła. Uczynię cię przedłużeniem ramion mojego krzyża". I pokazał mi wielu ludzi, których pragnie pociągnąć ku sobie. Wtedy gorąco prosiłem: "Panie, spraw, aby z tych, których mi dałeś, nikt nie zginął". Tej modlitwie jestem wierny do dziś. 
Zanim człowiek zacznie szukać człowieka, najpierw trzeba, by sam się odnalazł - by w sobie odnalazł Boga i to wszystko, co w nim samym jest dobre i co służy pokojowi. Wtedy zauważy to również w drugim człowieku. Dostrzeże nie tylko to, na co patrzy ludzkimi oczyma, ale także to, co widzi poprzez swojego ducha ogarniętego Duchem Bożym. Dzięki światłości wewnętrznej odkryje to, co jest zakryte przed ludzkimi oczyma i wtedy rozpozna w przyjściu drugiego człowieka przyjście samego Pana.
Można długo szukać i spotykać wielu ludzi, ale tak naprawdę każdy z nas potrzebuje spotkać swojego "Ananiasza", tak jak potrzebował go Szaweł po swoim nawróceniu. Każdy potrzebuje człowieka, który będzie jego wychowawcą towarzyszącym mu w drodze do Chrystusa; który pokaże, kim jest Mistrz, Pan i Zbawiciel. Wszyscy czekamy na wiarygodnych świadków, którzy w Niego uwierzyli. Myślę, że i dzisiaj możemy znaleźć ich pośród nas.
Kogo tak naprawdę szukam? Czy już znalazłem tego, kogo szukam? Wielokrotnie Chrystus stawał na naszej drodze i pytał się: "Kogo szukacie? Ja jestem". Trzeba przyznać, że wielu z nas nie rozpoznało Jego przyjścia, ale Bóg się na szczęście nie zniechęca i nie załamuje, tylko wielokrotnie przychodzi do nas. Nasza ludzka cierpliwość dawno by się już wyczerpała. Z pewnością powiedzielibyśmy: "Idź sobie i nie zawracaj mi już głowy". Jednak kiedy Bóg staje na naszej drodze, On czeka tak długo, aż znajdzie stosowny moment do osobistego dialogu, choćby lekkie uchylenie drzwi po to, aby prawdziwa światłość weszła do naszego wnętrza. Tego właśnie oczekujemy, bo to jest doświadczenie spotkania miłości, doświadczenie Boga - Miłości, doświadczenie drugiego człowieka, a w nim - przychodzącego Chrystusa. Takiej prawdy i olśnienia bardzo nam potrzeba, ponieważ dopiero wtedy nasze życiowe wybory - nie tylko te zawodowe, ale również związane z powołaniem - będą zgodne z wolą Tego, który pierwszy nas odszukał. "Nie mógłbyś Mnie szukać, gdybym Ja cię nie znalazł" - mówi Pan. To On pierwszy nas odszukał. On umarł na drzewie krzyża i zmartwychwstał 2000 lat temu, zanim jeszcze przyszliśmy na świat.
Nasza historia na ziemi jest w gruncie rzeczy bardzo krótka. Szybko przemijamy. Gdyby nasza historia na tym miała się zakończyć i to miałby być ostateczny finał naszego życia, zmagań, kłopotów, radości i smutków - to nie zadawajmy sobie trudu szukania i lepiej idźmy do domu. Jest jednak inaczej. Nasza historia trwa w mądrości odwiecznej. Bóg znał nas, zanim zaistnieliśmy w czasie. Wiedział, kim będziemy i wie, kim jesteśmy. Zna mnie takim, jaki jestem teraz. I nie widzi mnie takim, jaki chciałbym być, bo akurat tego, kim ja sam chciałbym być, nie kocha. Kocha tego, kim jestem teraz. Po co się tak zmagać ze sobą? Jaki to ma sens - ciągłe utarczki z własną naturą, z myślami? Po co, skoro Bóg stanął na naszej drodze, dał dar mądrości i rozumienia Słowa, a w nim objawienie samego siebie jako Tego, który żyje i który Jest?
Sześć lat temu, na lotnisku Lublinek w Łodzi, odbyło się spotkanie z o. Emilieno Tardifem, które przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Zgromadziło ono ponad 200 tysięcy ludzi. Ojciec Emilieno kilka lat później, w Paryżu, powiedział: "Na takim spotkaniu, jak w Łodzi, nigdy wcześniej nie byłem". Podczas przygotowań do przyjazdu o. Tardifa rozmawiałem z człowiekiem naprawiającym rusztowania ołtarza, które wiatr zmiótł dzień wcześniej. Opowiedział mi o swoich drogach dochodzenia do prawdy w różnych religiach. Zadałem mu pytanie: "A jeśli Jezus żyje, to co?" (hasłem spotkania na Lublinku miały być właśnie słowa: "Jezus żyje!"). Powtórzyłem je raz jeszcze: "Jeżeli Jezus żyje, to co?" "To moje życie musi się zmienić" - odpowiedział. Skoro tak jest - chwała Panu!
Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć z koncertu i przeczytania wypowiedzi-świadectw uczestników.
o. Józef Kozłowski SJ