Ojciec Józef Kozłowski miał wiele darów i charyzmatów. Każdy, kto go znał, podkreśla ten aspekt jego życia, który dla niego osobiście jest najważniejszy. Ja również doświadczyłem w o. Józefie czegoś, co przemieniło moje życie…
Będąc młodym jezuitą, po trzech latach od wstąpienia do zakonu, pojechałem po raz pierwszy do Wolborza, aby pomagać w rekolekcjach ignacjańskich. Z o. Józefem nie znałem się wcześniej, jednak przywitał mnie w Wolborzu w taki sposób, jakby czekał specjalnie na mnie. Od razu zrozumiałem, że jestem mu tam bardzo potrzebny.
Pracowaliśmy w zespole czterech jezuitów, pod przewodnictwem Ojca. Ja w tym gronie jako jedyny nie miałem jeszcze święceń kapłańskich. Poza tym, pomiędzy mną a pozostałymi jezuitami była przepaść wiekowa – mógłbym być ich synem. Tymczasem o. Józef od początku do końca traktował nas na równi – byliśmy współbraćmi w Panu. Obdarzał mnie wielkim zaufaniem, powierzając odpowiedzialne zadania podczas rekolekcji. W praktyce okazywało się, że granicę zaufania wyznaczałem ja sam. Ojciec był gotów powierzyć mi każde zadanie, a to ja byłem przerażony myślą, że np. miałbym powiedzieć konferencję. To ja mu mówiłem, że czegoś nie jestem w stanie jeszcze zrobić. Jednocześnie pojawiało się we mnie pragnienie, żeby nad tym popracować i za rok być już lepiej przygotowanym.
W spotkaniu z o. Józefem po raz pierwszy na mojej drodze zakonnej doświadczyłem, że ktoś ze współbraci ma do mnie pełne zaufanie w działaniu. Przecież Ojciec mógłby wszystko poprowadzić sam – spełniłby w ten sposób oczekiwania ludzi, którzy byli w niego wpatrzeni jak w obrazek! Tymczasem on ufał współbratu, młodszemu od siebie o prawie trzydzieści lat, który miał niewielkie doświadczenie w rekolekcjach ignacjańskich i mgliste pojęcie o Odnowie w Duchu Świętym…
To spotkanie z o. Józefem było dla mnie z jednej strony fascynujące, a z drugiej strony trochę przerażające. Fascynujące – bo poczułem się jezuitą, który jest potrzebny, pomimo młodego wieku. Co więcej, poczułem się wówczas wręcz niezbędny na tych rekolekcjach! Przerażające – bo zobaczyłem, jak wiele mi jeszcze brakuje i jak bardzo pragnę zgłębiać wiedzę na temat rekolekcji ignacjańskich i Odnowy w Duchu Świętym.
Od tego momentu zacząłem czytać wszystkie książki o. Józefa. Byłem zafascynowany jego wiarą, jego gorliwością w modlitwie, a także tym, jak działa przez niego Duch Święty. Od tego momentu już co roku przyjeżdżałem pomagać w rekolekcjach ignacjańskich prowadzonych przez Ośrodek Odnowy w Duchu Świętym. Wiedziałem, że tam jest moje miejsce. Tam Jezus uczył mnie być ojcem i bratem jednocześnie, a robił to za pośrednictwem o. Józefa.
Dzisiaj, gdy kontynuuję dzieło prowadzone przez o. Józefa, staram się działać w tym samym stylu, którego kiedyś on mnie nauczył – obdarzając ludzi zaufaniem i nie zrażając się ich błędami. Kiedy współpracuję z młodymi jezuitami w rekolekcjach ignacjańskich, robię wszystko, aby być dla nich ojcem i bratem jednocześnie. Ostatnio nawet, podczas adoracji na zakończenie rekolekcji I Tygodnia, popłakałem się… ze szczęścia, że mam tak wspaniałych młodych współbraci – twórczych, mądrych, odważnych i zasłuchanych w Ducha Świętego. Zaufałem im, jak kiedyś mi zaufał o. Józef. Jednak dopiero teraz doświadczyłem, z jaką mocą Pan Jezus to wynagradza: daje poczucie dumy, że jestem we wspólnocie i jestem jezuitą, a to wielkie dobro, które się dzieje na naszych oczach – jest po prostu efektem odpowiedzi na Jego głos.
Remigiusz Recław SJ