RATUJE W WYPADKU
Był 20 lipca 2013 r., dobiegały końca Rekolekcje Maryjne w Ognisku Bożego Pokoju w Suchcicach k. Ostrołęki. Jedna z uczestniczek, Małgosia musiała dzień wcześniej wrócić do Łodzi. Ojciec Eugeniusz Sch. P. – prowadzący rekolekcje – poprosił mnie, bym odwiozła ją samochodem należącym do Ogniska do pobliskiego Goworowa, na autobus do Warszawy. (Kilka miesięcy wcześniej, wracając z o. Eugeniuszem z rekolekcji w Suchcicach do Łodzi, również prowadziłam samochód przez kilkadziesiąt kilometrów, gdyż Ojciec był bardzo zmęczony.)
Ponieważ nie jeżdżę codziennie, zawsze mam lekką obawę przed podróżą. Schodząc po schodach pomyślałam, że będę potrzebowała opieki o. Józefa Kozłowskiego, mojego ojca duchowego (przez dwa lata był moim kierownikiem duchowym i wierzę, że również po śmierci czuwa nade mną i mnie prowadzi). Wróciłam więc do pokoju i włożyłam do portfela zdjęcie Ojca, prosząc go o opiekę w czasie podróży. Tak „ubezpieczona” wsiadłam do samochodu. Rozpoczęłyśmy podróż od modlitwy – zawierzenia całej drogi Opatrzności Bożej, Maryi, św. Krzysztofowi i o. Józefowi.
Dojeżdżałyśmy do niewielkiego skrzyżowania. Jechałam spokojnie, powoli. Zobaczyłam po lewej stronie nadjeżdżający samochód. Świadoma, że mam pierwszeństwo przejazdu, spokojnie wjechałam na skrzyżowanie. Niestety, zbliżający się samochód nie zatrzymał się i uderzył w nas z pełną prędkością. To był szok! Przez ułamek sekundy wezwałam pomocy o. Józefa i przebiegła mi przez głowę myśl: „Przeżyjemy?” Dokładnie w tym momencie, przy kierownicy i przy siedzeniu pasażera – otworzyły się białe poduszki powietrzne, jak skrzydła aniołów… Wpadłam z impetem w swoją, która zamortyzowała ogromną siłę uderzenia.
Naszym samochodem zakręciło tak, że znalazłyśmy się na przeciwległym poboczu. Przez chwilę sprawdzałam, czy jestem cała i natychmiast starałam się wyjść z auta, obawiając się jakiegoś wybuchu. Udało mi się. Podeszła do mnie starsza pani – pasażerka samochodu, który w tym samym czasie nadjechał z prawej strony. Widząc mój stan, wzięła mnie w objęcia. Byłam w szoku. Cały lewy bok i przód samochodu zostały zmiażdżone. Moje okulary poszybowały gdzieś na przeciwległy koniec drogi. Pierwsze słowa kierowcy, któremu towarzyszyła starsza pani, brzmiały: „To nie była pani wina.”. Nagle pomyślałam: „Co z Małgosią? Ona jest osobą niepełnosprawną – ratujcie ją, pomóżcie jej wyjść z samochodu!”
Drzwi od strony Małgosi zablokowały się, nie mogła ich otworzyć. Z pomocą przyszedł nam ten kierowca, znalazł także jej okulary (również spadły). Z pojazdu, który na nas najechał, wyszły dwie młodziutkie dziewczyny – chwiejąc się lekko (ich auto wpadło do rowu), całe roztrzęsione. Ta, która prowadziła, powiedziała: „To była moja wina, przepraszam bardzo”. Okazało się, że niedawno nabyła ten samochód i kilka tygodni wcześniej otrzymała prawo jazdy. A teraz oba pojazdy nadawały się do kasacji…
Kierowca będący świadkiem zdarzenia, natychmiast zadzwonił na numer alarmowy. Bardzo szybko przyjechały policja, straż pożarna i pogotowie. Przyjechał także o. Eugeniusz powiadomiony o wypadku. Stwierdzili, iż to był cud, że przeżyłyśmy. Policjanci powiedzieli, że na tym skrzyżowaniu jest wiele wypadków – zostało niewłaściwie oznakowane.
Pogotowie zabrało trzy z nas do szpitala w Ostrołęce. Małgosia zdecydowała, że nie pojedzie – czuła, że wszystko jest w porządku. Właściwie ja także nie chciałam jechać, ale zdecydowałam się na prośbę o. Eugeniusza. Kilkugodzinne badania (m. in. tomografie) potwierdziły, że nie mamy żadnych złamań ani urazów wewnętrznych! Siniaki, zadrapania, potłuczenia, obrzęki – to były jedyne ślady po wypadku. A po pierwszym, naturalnym w takich sytuacjach, szoku – mnie i Małgosi towarzyszył głęboki pokój. Obydwie trwałyśmy w modlitwie i dziękczynieniu za uratowane życie.
Wiem, że był to rzeczywiście cud. Wiem, że zawdzięczam swoje przeżycie wstawiennictwu o. Józefa i Maryi. Od wielu lat codziennie zanoszę modlitwę w intencji o. Józefa – dziękując za te wszystkie lata opieki Ojca nade mną. Jestem pewna, że w czasie tego wypadku był z nami.
Grażyna Bukowiecka