Obyś cudze dzieci uczył? Czemu nie! Na pierwszą rozmowę do o. Józefa Kozłowskiego SJ trafiłam w lutym 2000 roku, w najtrudniejszym dla mnie czasie w całym dotychczasowym życiu. Byłam wtedy u kresu sił, wszystko w życiu mi runęło, nie widziałam dalszej drogi. Wiedziałam tylko jedno: jeśli to dłużej potrwa, stracę poczucie sensu życia. Na własną prośbę, wbrew oczekiwaniom wszystkich, zostawiłam swoją pracę zawodową – wcześniej przez 2 lata pracowałam w szkole, miałam wówczas umowę na czas nieokreślony, którą zerwałam. Teraz czułam się jak ślepiec, któremu wyrwano nawet białą laskę z ręki!
Ojca Józefa znałam wówczas tylko z widzenia. Słuchałam za to jego konferencji i chłonęłam słowa, które wypowiadał na spotkaniach modlitewnych czy w czasie Mszy św. z modlitwą o uzdrowienie. Nie miałam jednak na tyle odwagi, aby podejść do niego i poprosić o chwilę rozmowy. Błagałam za to Boga, aby coś uczynił w moim życiu – bo ja już nie dam rady tak dalej żyć! I stało się. Po długim wyczekiwaniu i wielu przeszkodach, podczas I tygodnia rekolekcji ignacjańskich trafiłam do o. Józefa na spowiedź generalną. Gdy weszłam, nie byłam w stanie nic powiedzieć. Bąknęłam kilka zdań, rozpłakałam się i… podsunęłam Ojcu wypisane na kartce swoje grzechy. On spojrzał, odsunął kartkę na sporą odległość i zapytał: – Co ty mi tu dajesz? Ja nie bardzo mogę to odczytać... I tak zaczęła się rozmowa.
Już po chwili, po kilku wypowiedzianych przeze mnie zdaniach – wyjaśnił, że odejście ze szkoły nie było spowodowane niczym innym jak nerwicą. Po raz pierwszy ktoś nazwał to, co mi dolegało! Miałam wówczas prawie zawsze lodowate, mokre ręce i było to dla mnie bardzo krępujące w kontaktach z ludźmi. Nawet na Eucharystii, podczas przekazywania znaku pokoju – starałam się, jeśli tylko było to możliwe, nie podawać nikomu ręki. Ten moment był dla mnie zawsze koszmarny, a to był jeden z objawów nerwicy. Zapytałam wówczas Ojca, co będzie z moją pracą. Ale miałam wrażenie, że mnie nie zrozumiał, bo odpowiedział: – Nie ta szkoła, to inna... A mnie na samą myśl o szkole robiło się słabo! Mówiłam zresztą Bogu, że w tym na pewno się pomylił, więc „wszystko, tylko nie szkoła!”. W końcu jest nawet przysłowie: „Obyś cudze dzieci uczył”. Za jakie grzechy mam to robić akurat ja!? Ale Ojciec powiedział to tak naturalnie, jakby nie miał żadnych wątpliwości.
Po spowiedzi pomodlił się jeszcze nade mną. Czułam, że Bóg przychodzi do mnie na nowo, bo nagle zmieniło się moje myślenie i spojrzenie na świat – tak jakbym sama obróciła się o 180 stopni! Nie potrafię tego inaczej opisać. Pamiętam, że na wszystko i wszystkich zaczęłam patrzeć innymi oczami – kochającymi. W dodatku, podając rękę na Eucharystii, nagle zauważyłam, że nie mam mokrych, lodowatych rąk! Przekazywałam każdemu znak pokoju, płacząc ze szczęścia...
A z moją pracą zawodową też było tak, jak powiedział o. Józef. Wróciłam do tej samej szkoły, z której odeszłam, i przepracowałam tam jeszcze 4 lata. Później zmieniłam szkołę, ale zawsze byłam pełna pokoju, gdy chodziło o pracę. Wiedziałam, że to Boża wola i będę pracowała tam, gdzie On mnie pośle. Obecnie nadal jestem nauczycielką i pracuję z młodzieżą jako nauczyciel i wychowawca. Dzięki Ci, Jezu, za to, że postawiłeś na mojej drodze o. Józefa, i za wszystko, co czynisz w moim życiu!
Kamila