Kiedy dowiedziałam się o śmierci Ojca, odczułam więcej radości niż bólu, ponieważ stał mi się jeszcze bliższy - na wyciągnięcie myśli i serca. Jestem przekonana, że jest już w Niebie, że wstawia się za nami i że teraz może jeszcze bardziej ewangelizować nas i poprzez nas, bo nie jest ograniczony czasem, zdrowiem czy przestrzenią. Mniej więcej w tym samym czasie rozmawiałam z moją przyjaciółką.
- To straszne, prawda? - powiedziała.
- Nie, dlaczego? Ja naprawdę się cieszę.
Chyba zaskoczyła ją moja odpowiedź, ale ja nie chciałam ukrywać swoich uczuć. Ojciec przez swoją śmierć naprawdę stał mi się bardzo bliski, co nawet mnie samą zaskoczyło. Czasami myślę, że ja zaczynam naprawdę kochać ludzi dopiero po ich odejściu czy śmierci.

Morze tego wieczoru było niesamowite: bardzo spokojne, identycznej barwy jak kolor rozpinającego się nad nim nieba, kolor Twoich oczu. Te dwie przestrzenie zupełnie się ze sobą zlewały, tak że nie było widać linii horyzontu. Komunia Nieba i Ziemi. Na paliku zanurzonym w wodzie odpoczywała samotna (ale nie osamotniona, bo oswojona z tłumem) mewa. Przypomniała mi się kartka z identycznym widokiem, którą podarowałam komuś z okazji urodzin. Był na niej umieszczony napis: "Życie jest nam dane, aby szukać Boga". Właśnie wtedy, gdy o tym myślałam, dowiedziałam się o Twoim odejściu.
Wczoraj, w dniu Wniebowstąpienia, gdy przekraczałeś próg Domu Ojca też podziwiałyśmy zachód słońca, a we mnie po raz kolejny zrodziło się bardzo silne pragnienie Nieba...
Następnego dnia wybrałyśmy się z Ewą o świcie na wschód słońca. Niewiele mówiłyśmy, ale nasze myśli nieustannie krążyły wokół osoby Ojca. Po porannej kontemplacji wróciłyśmy do domu i zaczęłyśmy się krzątać przy przygotowywaniu śniadania, do którego zasiadłyśmy ok. 6-tej. To było akurat święto Nawiedzenia NMP. Cały czas towarzyszyła nam niesamowita muzyka z kasety zespołu "Deus Meus", którą słuchałyśmy na okrągło. W tym momencie płynęła piękna piosenka Niechaj zstąpi Duch Twój i odnowi ziemię. Nagle usłyszałam z tyłu za plecami jakiś dziwny szmer i niespodziewanie wyfrunął zza mikrofalówki ptaszek, którego nigdy w życiu nie widziałam. Przeżyłyśmy lekki szok. On musiał tam cały czas być, gdy przygotowywałyśmy śniadanie i nawet nie zareagował! Widocznie wpadł do mieszkania przez balkon wczesnym rankiem, gdy wyszłyśmy na spacer i aż do tej pory się nie ujawnił. Podfrunął najpierw do Ewy, potem do mnie i wyfrunął. Przypomniałam sobie prawdziwą historię, którą kiedyś opowiadała mi Ania K. Jej przyjaciółka, pani doktor, bardzo przyjaźniła się z ks. prof. Sedlakiem. Kiedy on zmarł, w tym samym momencie do okna jej mieszkania zapukał biały gołąbek.
Teraz też czułyśmy jakby Ojciec naprawdę nas odwiedził. To było nasze nawiedzenie. Ewa powiedziała, że jak Pan Bóg będzie robił takie kawały, to jej serce tego nie wytrzyma, ale wierzy, że On zna pojemność jej serca. Odpowiedziałam jej, że Ojciec zawsze lubił robić dowcipy.
Cały czas towarzyszyła nam piękna muzyka, tym razem z kasety płynęły słowa: Ogłaszamy Królestwo Boże w nas. Wśród nas jest. Głusi znów słyszą, niewidomi widzą, zmarli powstają, by żyć. Ubogim głosimy tę Dobrą Nowinę: Jezus jest Królem. Amen
Wieczorem, gdy otworzyłam Pismo Święte, trafiłam na słowa: Wypełnijcie dzieło wasze przed czasem, a dam wam nagrodę w swoim czasie.
Dwa dni później, gdy już wyjeżdżałyśmy z Kołobrzegu, u progu balkonu zobaczyłyśmy małe, białe piórko...
Cały czas przeżywałam i przeżywam świadomość obecności Ojca w moim życiu. Cieszę się, że teraz ma dla każdego czas, bo żyje w Innej Przestrzeni, w której nie ma czasu.
Niesamowite było zdjęcie Ojca umieszczone przy trumnie. Ukazywało Jego zamyśloną, uśmiechniętą twarz i odnosiłam wrażenie, że jest zdumiony tyloma ludźmi, świadectwami, piękną oprawą całej ceremonii. Tak jakby mówił do nas: "Jejku, co się tutaj dzieje!" Jestem głęboko przekonana, że również duchem był z nami i że chciał, abyśmy się radowali. Przypomniała mi się scena z pewnej książki, którą niedawno czytałam, opisującej autentyczne wydarzenia. Umierał ojciec głównego bohatera. Bardzo cierpiał, bo był chory na raka. Utracił przytomność. Odzyskał ją na krótki moment, a kiedy otworzył oczy i zobaczył swoją zapłakaną żonę, powiedział: "Tam, gdzie ja teraz jestem, na pewno bardzo by się tobie podobało", po czym po jego policzkach popłynęły łzy i umarł.
Bardzo odczuwałam tę radość zmartwychwstania. Widziałam, że wielu ludzi było uśmiechniętych, radosnych. Kupiłam Ojcu skromną lilię, którą złożyłam na jego grobie. Nie chciałam żadnego przybrania, ani napisu w stylu: "Ostatnie pożegnanie". Ja z Ojcem się w ogóle nie żegnam. Chciałabym, żeby na zawsze pozostał w moim sercu.

Po pogrzebie pojechałam do Łagiewnik. Chciałam być sama. Pomodliłam się chwilkę w kościółku i poszłam na krótki spacer. Moje myśli cały czas krążyły wokół Ojca. Kupiłam sobie na Jego cześć loda - myślę, że się tym bardzo ucieszył, bo na pewno sam by mi go z takiej okazji zafundował. Potem zjadłam jeszcze jednego.
Przez okres choroby Ojca miałam wrażenie, jakby nasza relacja trwała dalej, ale już w innym wymiarze. Na początku tej sytuacji, gdy modliłam się o jego powrót do zdrowia, przez ułamek sekundy przeżyłam piorunujące wrażenie, jakby stanął przy mnie i powiedział:"Wiesz, ale ja jestem radosny, ja naprawdę się cieszę, słyszysz?" Wiem, że to była na pewno moja imaginacja, ale zrobiło mi się cieplej. Później kilkakrotnie mi się przyśnił w bardzo podobnej sytuacji: zawsze szedł do Ośrodka, wiedział, że jest ciężko chory, odwiedzał Ośrodek, bo się martwił jak sobie teraz wszyscy bez niego radzą.
Ostatnio otrzymałam w prezencie modlitewnik Ojca. Kiedy tego samego wieczoru wzięłam go do ręki "otworzyła" mi się modlitwa: Panie, uwielbiam Cię w tych, którym odbierasz smutek i uciemiężenie. Uwielbiam Cię w tych, którym przywróciłeś sens życia. Uwielbiam Cię także w tych, którzy cieszą się zaufaniem innych, przyjaciół, rodziców, rodzeństwa, którzy żyją w przyjaźni. Uwielbiam Cię w ich życiu, aby miłość Twoja została objawiona światu. Bardzo ucieszyły mnie te słowa. Tak, jakby nasz dialog nie został przerwany, ale w dalszym ciągu trwał.
Cieszę się, że mam w Niebie kolejnego Orędownika. Teraz mam dużo więcej śmiałości, by prosić Go o pomoc. Nareszcie ma czas, którego nie ma. Nie dobijają się do Niego tłumy, nie jest ograniczony przypadłościami ludzkiej natury i przestrzenią.

Iwona