Mam na imię Ela, chcę dziś podzielić się tym czego doświadczyłam i co zrozumiałam podczas spotkania na Hali Sportowej w 5 rocznicę śmierci ojca Józefa Kozłowskiego i podczas ostatniej poniedziałkowej Mszy o uzdrowienie.
Z odnową i grupą Mocni w Duchu związana byłam i czuję nadal się związana od jesieni 1987roku , to wtedy dzięki spotkanej na oazie koleżance Małgosi Laskowskiej z Torunia poznałam ojca Jozefa. Pamiętam jak malutka była nasza grupka, zajmowała ledwie kilka krzesełek w dawnym "Klubiku" . Z czasem uczestników spotkań modlitewnych przybywało nie wystarczył już długi kubikowy stół i krzesełka i spotkania odbywały się na sali teatralnej. Tak dzieło Boże rosło. Podobnie było z zespołem Mocni w Duchu , pamiętam nasz pierwszy i drugi wyjazd ewangelizacyjny do Austrii i ewangelizacyjno modlitewne spotkania w Kościele podczas mszy i czuwań. Moja aktywna obecność w grupie trwała do 1992 po zawarciu związku małżeńskiego i przy nowych obowiązkach żony i matki moje zaangażowanie zmalało, pragnę zaznaczyć, że mój mąż nie uczestniczył w spotkaniach modlitewnych i był człowiekiem luźno związanym z Kościołem. Ojciec Józef nie wyrażał zachwytu, ale uszanował mój wybór. Brak duchowego wsparcie drugiej połowy ułatwił odejście i zaangażowanie w życie na poziomie egzystencjalnym, sprawy Boże były ważne, ale nie najważniejsze. Fakt, że bardziej owym czasie służyłam mamonie niż Bogu docierał do mnie ale na krótko, próby zmiany były również krótkotrwałe . Nadal wracała skrzecząca rzeczywistość walki o sprawy bytowe i już lenistwo duchowe. Tak było ...
O spotkaniu na Hali sportowej dowiedziałam się o na spotkaniu z okazji 20 rocznicy "Mocnych", ale przybyłam na nie w stanie duchowego przygnębienia i wiadomość tę przyjęłam raczej obojętnie. Im bliżej było terminu spotkania tym większe czułam wewnętrzne ponaglenie, żeby w nim uczestniczyć, towarzyszyła mi myśl o spłaceniu „długu” wobec pamięci o ojcu (wiele dobra dane mi było przez jego posługę doświadczyć). Nie było mnie też na pogrzebie ojca. Sprawy codzienne sprawiły, że wpisałam się na listę uczestników spotkania prawie na ostatnią chwilę. Gdy tam przybyłam zaskoczyła mnie liczba ludzi, którzy znali ojca jeśli nie osobiście, to przez książki. Entuzjazm modlących się, wielbiących Boga i cudownie, słowa ojca Toma, przejmująco śpiewający zespół poruszył mnie. Pan uświadomił mi jak wiele utraciłam zajmując się wyłącznie własnymi sprawami nie posługując, nie głosząc Dobrej Bożej Nowiny i zamakając się na działanie Ducha Świętego. Czas tego spotkania był dla mnie wielkim rachunkiem sumienia i wielkim postanowieniem poprawy, a myśl przewodnia spotkania była potwierdzeniem, że również u Ojca Niebieskiego nasz ojciec Józef wyjednuje nam łaskę powrotu, by nikt nie zginął z tych, których mu dał. Gdy ojciec żył często, te słowa w modlitwie powtarzał , pamiętam je szczególnie podczas spotkań w Austrii, ale wtedy nie rozumiałam ich sensu tak dobrze jak dziś.
Co z moją poprawą? Spotkałam się na modlitwie i spowiedzi z ojcem Remigiuszem, uczestniczyłam w spotkaniu poniedziałkowym i Mszy o uzdrowienie, bardzo zmienił się jej duchowy wymiar od czasów, gdy je pamiętam sprzed wielu, wielu lat. Obecnie modlę się i słucham do jakiego dzieła - działania Bóg mnie powoła nie chcę być już biernym obserwatorem, chcę działać. Dziękuję i wielbię Boga za wielkie dzieła jakie czyni na naszych oczach i kocha nas do końca i na zawsze. Ela Gawrońska ( Kozłowska)