Jestem alkoholikiem i w tym kontekście zaczęła się moja znajomość z o. Józefem. Było to w ubiegłym roku, zimą. Byłem po nieprzespanej nocy pełnej koszmarów, w dzień czułem się fatalnie, byłem rozbity i fizycznie, i psychicznie. Postanowiłem nigdzie nie wychodzić i sam sobie poradzić z moim uciemiężeniem. Był to poniedziałek, a więc dzień spotkania modlitewnego wspólnoty „Mocni w Duchu”. Przełamałem się i dowlokłem na spotkanie wspólnoty. Przed kościołem spotkałem o. Józefa, który rozmawiał przez komórkę. Gdy mnie zobaczył, przerwał rozmowę, objął mnie i powiedział: „Rad jestem, Zbyszku, że jesteś”. Jego miłość do mnie sprawiła, że od razu poczułem się lepiej. Pamiętał nawet moje imię... Gdy po jakimś czasie powiedziałem mu o moim uzdrowieniu – o. Józef na to, że to nie jego zasługa, ale Jezusa, po to, bym w końcu uwierzył.
Zbyszek